Skocz do zawartości




Zdjęcie

Najwieksza tajemnica III Rzeszy


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
97 odpowiedzi w tym temacie

Katalogi.pl

Katalogi.pl
  • Bywalec

#1 Omatko

Omatko

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 262 postów

Napisano 09 grudzień 2003 - 17:31



Informacje przedstawione w tym tekście pochodzą z tajnego archiwum Hitlera odnalezionego kilka lat po wojnie w Wiedniu. Nie wszystkie dokumenty z tego archiwum zostały udostępnione, ale nawet to, co opublikowano, zawiera takie rewelacje, że aż strach pomyśleć, co znajduje się w utajnionej części. Nie wiadomo, czy te nie znane obecnie informacje kiedykolwiek ujrzą światło dzienne.

Adolf Hitler był człowiekiem bardzo przesądnym i głęboko wierzył w zjawiska nadprzyrodzone. To na jego rozkaz niemieccy żołnierze pod okiem poważnych naukowców prowadzili poszukiwania Świętego Graala (i domniemanego grobu Chrystusa) w Langwedocji, to on wysłał ekipę badaczy w niedostępne góry Tybetu, by zgłębili tajemnicę reinkarnacji, podróży astralnych i przechodzenia w inne wymiary.
Czy ekspedycje te przyniosły rezultaty? Wydaje się, że tak. Odnalezione w Wiedniu dokumenty zdają się potwierdzać, że dzięki zdobytym na Wschodzie informacjom, niemieckim naukowcom udało się skonstruować pojazdy, które można by określić mianem UFO, a więc takie, o jakich mówimy "niezidentyfikowane obiekty latające" (które niekoniecznie muszą być wytworem obcych cywilizacji).
Cudowna broń Hitlera
Już 14 grudnia 1944 r "New York Times" podawał, że z terytorium Rzeszy startują okrągłe, pozbawione skrzydeł pojazdy: "Pojawiają się pojedynczo lub w formacjach. Niektóre są metaliczne, inne wydają się przezroczyste". Sposób poruszania się tych pojazdów sugerował, że Niemcom udało się odkryć i ujarzmić antygrawitację. W jaki sposób? Tego chyba nikt nie wie. Wywiad angielski zlokalizował miejsca, z których startowały tajemnicze obiekty. I choć alianci panicznie bali się nowej, niemieckiej broni, to miejsc tych nigdy nie zbombardowano. Dlaczego? No cóż, to chyba jasne - do dziś są to pilnie strzeżone bazy wojskowe, objęte klauzulą najwyższej tajności.
Z wiedeńskiego archiwum wynika, że podczas wojny udało się Niemcom wyprodukować, oprócz ogólnie znanych V-1 i V-2, również V-4 i V-7. Prawdziwą rewelacją okazał się Vril-1. Być może właśnie ten pojazd (lub bardzo do niego podobny) zauważył i sfotografował na Księżycu amerykański kosmonauta Edwin Aldrin. Nadal wielu ludzi pragnie się dowiedzieć, co oznaczały słowa pierwszego człowieka na księżycu, Armstronga, który przekazał na Ziemię bulwersujące zdanie: "Nie jesteśmy tu sami". Co takiego zobaczył Armstrong i dlaczego nie poinformowano o tym opinii publicznej? Wiadomo, że Hitler marzył o podboju kosmosu. Czyżby mu się to częściowo udało?

Tajemnica utrzymywana za wszelką cenę
W utajnianiu wszelkich wiadomości o UFO biorą udział praktycznie wszystkie rządy świata, nawet nasz. Poczynają sobie przy tym wyjątkowo perfidnie. W 1968 r dwóch zaprzyjaźnionych kalifornijskich przemysłowców było świadkami lądowania UFO. Oznajmili potem zgodnie, że ubrani w skafandry pasażerowie dziwnego pojazdu porozumiewali się ze sobą najczystszą niemczyzną... Reakcja rządu była natychmiastowa. Obydwaj mężczyźni zostali zatrzymani i chociaż badania lekarskie potwierdzały, że ich zdrowie psychiczne nie budzi żadnych zastrzeżeń, zostali na wiele lat umieszczeni w szpitalu psychiatrycznym o zaostrzonym rygorze. Kiedy stamtąd wyszli, byli już tylko wrakami ludzi.
Jeszcze bardziej tajemnicza jest powzięta przez Niemców w 1938 r. wyprawa na Antarktydę pod dowództwem kapitana Ritshera. Do dziś wiadomo jedynie, że misja miała charakter militarny. Ale nie tylko. Czego Niemcy szukali na tych niedostępnych terenach? Tuż przed zakończeniem wojny admirał Donitz wysłał lakoniczny rozkaz do stacjonujących u wybrzeży Antarktydy okrętów podwodnych: "Zostać i kontynuować misję". Rozkaz nie był zaszyfrowany, a jednak do dziś nie wiadomo, o jaką misję chodziło. A co ciekawsze, wszystko wskazuje na to, że ta tajemnicza misja nigdy nie została zakończona i że trwa nadal.

Baza na Antarktydzie
W 1947 r. wysłano w ten rejon kilka okrętów Marynarki Wojennej USA. Czytając dziennik pokładowy admirała Byrda, można odnieść wrażenie, że począwszy od zapisków opatrzonych datą przybycia na miejsce, dziennik zaczyna przypominać powieść science-fiction. Przede wszystkim, Amerykanie zauważyli kilka jednostek podwodnych, z którymi nie zdołano nawiązać żadnego kontaktu radiowego. Podczas prób zbliżenia znikały w niewytłumaczalny sposób. Wysłane na ich poszukiwania małe łodzie podwodne nigdy nie powróciły. Grupa żołnierzy mających za zadanie spenetrowanie odcinka lądu, gdzie zauważono startujące UFO, także przepadła jak kamień w wodę. Odebrano tylko urwany w pół słowa meldunek o dziwnych tunelach w lodzie i zapadła cisza. Admirał Byrd stracił około 100 żołnierzy i ku jego zdziwieniu dowództwo w Stanach nakazało mu przerwać misję i natychmiast opuścić niebezpieczny teren. Los zaginionych w wodzie i na lądzie marynarzy do dzisiaj nie jest znany.
Pytanie, czy Niemcy mają tajemniczą bazę na Antarktydzie i czy podczas II wojny światowej wysłali rakietę (z załogą?) na Księżyc, pozostaje bez odpowiedzi. Jedno wiadomo na pewno. To nie Niemcy wymyślili i zbudowali pierwsze UFO. Wzmianki o dziwnych obiektach latających można znaleźć już w Biblii. Zagadka niezidentyfikowanych obiektów latających i tajemniczej bazy w lodach Antarktydy ciągle czeka na rozwiązanie.

Pierwsze prace nad latającym talerzem rozpoczęto na początku lat dwudziestych w Augsburgu (Niemcy). W 1934 roku powstał statek o średnicy 5 metrów. Jego cechą było to, że podczas lotu jego powierzchnia emitowała poświatę podobną do obserwowanych pojazdów UFO. Rozpoczęto również pracę nad bojowymi wersjami tego statku, który został uzbrojony w działka 30mm i karabiny maszynowe. Odlot statku odbył się zimą 1942r. Kluczowym urządzeniem, stanowiącym serce niezwykłego pojazdu był "dzwon" ("die glocke"), który wchodził w skład zespołu napędowego. Z materiałów wynika, że miał on być drobną, choć bardzo ważną częścią większego systemu napędowego. Główną część "dzwonu" stanowił umieszczony w obudowie wirnik, składający się z wału i dwóch dysków wypełnionych rtęcią, która w trakcie pracy była schładzana poniżej temperatury krzepnięcia. Dzwon był to cylinder umieszczony w trakcie pracy pionowo, górna część posiadała zaokrąglenie w kształcie kopuły, zaś dolna stanowiła okrągłą podstawę. Obudowa wykonana była z materiału dielektrycznego. Wysokość 2-2,5 metra. średnica 1,5 - 1,8 metra (patrz rys)

Przeciw bieżnie wirujące masy. Główną część ,,dzwonu" stanowił umieszczony w obudowie wirnik (współosiowo) składający się z wału, dwóch dysków wypełnionych rtęcią, która w trakcie pracy schładzana była poniżej temperatury krzepnięcia. Dyski wirowały przeciw bieżnie z bardzo dużą prędkością.

"Dzwon" był zasilany energią elektryczną dużej mocy i charakteryzował się pracą ciągłą. W trakcie pracy "dzwon" emitował silne promieniowanie, które miało negatywny wpływ na organizmy żywe, powodowało odbarwianie materiałów, koagulacje próbek krwi. Po pewnym czasie utajnionym (rzędu jednego tygodnia) w czasie którego badane organizmy żyły, następował gwałtowny rozkład do postaci mazistej bez zapachu typowego dla gnicia. Przed każdą próbą uruchomienia "dzwonu" w jego wnętrzu umieszczano coś w rodzaju podłużnego, ceramicznego pojemnika o ściankach osłoniętych warstwą ołowiu o grubości 3cm. Pojemnik wypełniony był dziwną, złocistą substancją o odcieniu fioletowym. Co to było nie mogą ustalić historycy do dziś, wiadomo jednak że substancja ta miała konsystencję lekko ściętej galarety. Tajemnicza substancj nosiła kryptonim IRR XERUM 525 lub IRR SERUM 525. W jaki sposób hitlerowscy naukowcy zdobyli tak zaskakującą technologię? Na to pytanie niestety, nie znaleziono odpowiedzi. Z czasem budową latających talerzy z niesamowitym napędem zajęła się wojskowa placówka SS "Entwicklungsstelle IV". W lecie 1939r rozpoczęto test pierwszego obiektu , o średnicy ok. 25 metrów któremu nadano kryptonim "Haunebu I". Testy wypadły pomyślnie i natychmiast przystąpiono do badań nad modelem "Haunebu II". Pojazd unosił się swobodnie w powietrzu i mógł rozwinąć prędkość do ok. 6000 km/h. Podczas ostatnich miesięcy wojny powstał tylko jeden prototyp "Haunebu", który wykonał 19 lotów próbnych. Mieścił na swym pokładzie 32 ludzi.
Głównymi konstruktorami "latających dysków Führera", był zespół konstruktorów: Habermohl, Schriver, Mithe i Bellonzo. Mithe swoje laboratorium miał we Wrocławiu. Skonstruował tam dysk o średnicy 42 metrów z dyszami na obwodzie. Pisał również o próbnym locie dysku, który miał miejsce nad Bałtykiem. Schriver i Hambermohl, pracujący w Pradze, skonstruowali podobny obiekt, który odbył lot 14 lutego 1945r i osiągną w ciągu 3 minut pułap 12400 metrów. Według danych amerykańskich Włoch Bellonzo skonstruował natomiast dwie wersje latających spodków o średnicy 38m i 68m. 19 lutego 1945r Bellonzo wykonał lot eksperymentalny. Osiągnął pułap 15000 metrów przy prędkości 2200 km/h. Przy nabieraniu dużej prędkości ulegał zmianie kształt kabiny. Innym konstruktorem dysków był Viktor Schauberger. Jego napęd opierał się na bezdymnym, bezpłomiennym silniku wybuchowym. Silnik dla swego działania potrzebował jedynie wody. W zamian dawał ciepło, światło i ruch. Dysk na obwodzie posiadał 12 silników odrzutowych, które chłodziły główny silnik lewitacyjny. Po wojnie Schauberger przedostał się do USA. Amerykańscy wojskowi zaproponowali mu 3 mln. dolarów w zamian za zdradzenie tajemnicy silnika wybuchowego, lecz oferta została odrzucona. Po wkroczeniu wojsk radzieckich w ścisłej tajemnicy zdemontowano niezwykłe niemieckie urządzenia i wywieziono je na Syberię. Podobno Rosjanom udało wznowić budowę dysków. Mieli do dyspozycji nie tylko prototypy urządzeń, ale i naukowców Schriver, Mithe i Habermohla. Po kilku latach udało im się uciec i przedostać się do USA. Tam jednak również nie dane im było ujawnienie swoich badań. Stali się bowiem najlepiej strzeżonymi przez CIA (ang. Central Inteligence Agency, pol. Centralna Agencja Wywiadowcza) osobami, a wszystkie ich zeznania objęto ścisłą tajemnicą.
Mimo dokumentów potwierdzających prace nad latającymi dyskami, do dziś nie udało się rozwiązać kluczowej zadatki - skąd hitlerowcy znali technologię pozwalającą na budowę tego typu statków powietrznych? Dlaczego miały one kształt dysku, skąd pomysły na zaskakujące silniki. Współcześnie niemieccy ufolodzy twierdzą, że przed II wojną światową hitlerowcom udało się nawiązać kontakt z wysoko rozwiniętą cywilizacją z Układu Aldebarana. Według różnych źródeł, do takiego kontaktu miało dojść w Sudetach. W latach trzydziestych wielu tamtejszych mieszkańców widziało na niebie kule ogniste i światła. W latach 1936 - 1944 miejsce to należało do Ewy Braun, kochanki Hitlera. Czy jednak rzeczywiście udało im się nawiązać kontakt z obcą cywilizacją i przejąć część wiedzy? Czy też może niemieccy konstruktorzy okazali się na tyle zdolni, że błyskawicznie wymyśli kilkanaście nowych rozwiązań technologicznych i opracowali plany latającego dysku? Obie hipotezy brzmią równie fantastycznie. Niemcy dysponowały pod koniec II wojny światowej wieloma zaawansowanymi technicznie broniami: mieli prototyp "inteligentnej" bomby sterowanej za pomocą obrazów telewizyjnych, testowali też niewykrywalne przez radary myśliwce typu "latające skrzydło".
Ale plany, dokumenty i relacje naocznych świadków, które wciąż jeszcze wychodzą na jaw, mówią o tym, że poza znanymi dzisiaj wszystkim V1 i V2, Niemcy ukrywali coś jeszcze. Coś wyjątkowego, co wykracza także poza dzisiejszą technikę. Mieli samoloty typu V7, czyli... latające talerze! Były major armii niemieckiej, Rudolf Lusar, napisał w latach 50. książkę, w której mówi o co najmniej dwóch konstrukcjach latających dysków. Według niego, prototyp jednego z nich osiagał prędkość 2000 km/h, a napęd stanowiły turbiny gazowe. Jednak takie rozwiązanie jest niczym, jeśli porównamy go z napędem antygrawitacyjnym (wykorzystującym własne pole siłowe, działające przeciwnie niż przyciąganie ziemskie). A kto zaczął o takim napędzie mówić?

Kapitan Edward J. Ruppelt, kierujący oficjalnym amerykańskim projektem Błękitna Księga, napisał w swoim raporcie, że Niemcy dysponowały w czasie wojny maszynami o możliwościach, które można by porównać tylko do osiągów UFO. Dokumenty, do których miał dostęp, dzisiaj są już szeroko znane. Na niemieckich planach z czasów wojny widać dyskokształtne obiekty przedstawiające "latające talerze" w przekroju. Część z nich ma napęd konwencjonalny, ale na niektórych widnieją iście rewolucyjne schematy napędów antygrawitacyjnych ! Jedne z nich opierają się na zasadzie dwóch wirujących przeciwnie dysków, działanie innych nawet dzisiaj nie jest dla inżynierów i uczonych jasne.
Kryptonim V7 pojawia się w raporcie Richarda Miethego, naukowca, związanego z pracami nad pojazdem. Miethe wspomina o próbnym locie dysku w pobliżu Władysławowa. Jednak niemieckie "latające talerze" związane są silniej z drugim końcem Polski.

Wiele świadectw wskazuje na niedostępny dziś, podziemny kompleks w pobliżu Książa w Górach Sowich. Miejsce prac ukryte było przed rozpoznaniem lotniczym, otoczone trzema szczelnymi pierścieniami żołnierzy SS.

Z ujawnionych w ostatnim czasie planów niemieckich wynika, że baza obiektów V-7 miała zostać zbudowana głęboko pod ziemią w górach, a kompleks "Riese" był pod tym względem wyjątkowy chociaż by dlatego, że występowały tam pokłady uranu, które mogły być wykorzystywane do produkcji paliwa jądrowego dla latających dysków! Do budowy kompleksu "Riese" wykorzystano siłę roboczą z obozu Gross-Rosen. Niemcy testowali V-7 na różnych poligonach tj. W Karkonoszach (w rejonie Przełęczy Karkonoskiej), w Górach Kaczawskich (rejon Mniszkowa koło Jeleniej Góry). Badania dr. Milosa Jesensky`ego wskazują jeszcze na rejon Pragi, Hodonina, Chebu, Hontiansych, na terenie Niemiec i terenie byłej Czechosłowacji. Istniały poligony morskie V-7 w okolicach Ustki, Królewca i Władysławowa, można przytoczyć zdarzenie z NOL-em 14 lipca 1943 roku w rejonie Gdyni-Babich Dołów: Być może nie tylko opracowywano tam plany V7, ale przygotowywano również produkcję obiektów. Turyści chętnie odwiedzają podziemia znajdujące się pod zamkiem. Jednak to nie one miały służyć w czasie wojny tajnym broniom niemieckim. O znaczeniu innych podziemnych kompleksów Książa świadczą dzisiaj kilometry dróg i kabli elektrycznych. Żyją jeszcze ludzie, którzy są w stanie wskazać wejścia do tajnych hal, które po wojnie, w 1947 roku Polacy wysadzili w powietrze. Na pewno jednak zasypane pomieszczenia nie ukrywają latających spodków. Są tylko świadectwem, że tam właśnie mogły być konstruowane dyski - owa "cudowna broń Hitlera".
Ale co stało się z nimi potem, po wojnie ? Obiekty o kształtach identycznych z tymi, które były na planach niemieckich, obserwowano później po wojnie w USA, Anglii i przede wszystkim w Argentynie. Powojenne przypadki z Ameryki Południowej najwyraźniej miały jeszcze napęd konwencjonalny, który okazał się niewypałem. Spodki dymiły jak smoki, a przy tym robiły mnóstwo hałasu. Ale wkrótce pojawiły się też doniesienia o bezszelestnych dyskach, zachowujących się jak "rasowe UFO", których załogę stanowili wysocy blondyni... Takie przypadki notowane są nadal. Ufolodzy wyodrębniają nawet oddzielny typ "ludzkich" załogantów latających spodków, zwany Nordykami. Dla kogo pracują Nordycy, jakie państwa przejęły latającą spuściznę hitlerowskich Niemiec ? Można snuć na ten temat jedynie domysły. Organizowano ekspedycje naukowe w rejony Bliskiego Wschodu, Tybetu, Ameryki Południowej. Nie można wykluczyć, że ekspedycje naukowe dotarły do zawartych w sanskryckich pismach opisów maszyn latających. Inna z hipotez mówi o katastrofie w 1937 lub 1938 roku koło Czernicy. Miał to być obiekt typu kulistego który po przelocie nad Czernicą spadł na teren pobliskiego majątku krewnych Ewy Braun. Wkrótce z garnizonu jeleniogórskiego sciągnięto oddziały SS, które otoczyły teren katastrofy i zabezpieczyły przewiezienie obiektu do Jelenie Góry. świadkowie mieli zostać zmuszeni do milczenia. W celu zbadania wraku sprowadzono w krótkim czasie trzech fizyków jądrowych. Jednym z najbardziej tajnych projektów III Rzeszy były latające talerze określone symbolem V-7 które Hitler nazwał prawdopodobnie "cudowną bronią". Pierwsze prace nad latającym talerzem rozpoczęto na początku lat dwudziestych w Augsburgu (Niemcy). Był to statek oznaczony symbolem Vril-1. W 1934 roku powstał statek o średnicy 5 metrów, który uniósł się w powietrze i nazywał się Vril-2. Cechą charakterystyczną było to, że podczas lotu jego powierzchnia emitowała poświatę podobną do obserwowanych pojazdów UFO. Rozpoczęto również pracę nad wersjami bojowymi statku Vril - 1, który był uzbrojony w działka 30 mm i karabiny maszynowe. Oblot tego statku odbył się w zimie 1942 roku.. Z czasem badaniami i budową latających talerzy zajęła się wojskowa placówka SS - Entwicklungsstelle -IV. W lecie 1939 roku rozpoczęto testy pierwszego obiektu Haunebu - I o średnicy ok. 25 metrów. Haunebu - II był modelem bardziej udoskonalonym o średnicy ok. 30 metrów, posiadał cztery generatory elektro-grawitacyjne - jeden duży umieszczony centralnie, a trzy mniejsze stabilizujące i mógł rozwinąć prędkość dochodzącą do 6000 km/h. Plan jednej z wersji statku ,,Haunebu" Rekonstrukcja na podstawie zachowanych planów statku Haunebu 3. Podczas ostatnich miesięcy wojny powstał tylko jeden jego prototyp, który wykonał 19 lotów próbnych. Mieścił 32 ludzi na swym pokładzie, rozwijał prędkość ok. 10 Macha. Napęd tego statku składał się prawdopodobnie według naszych przypuszczeń z generatorów elektrograwitacyjnych. V-7 "Haunebu" wersje 1 do 9. Były to latające dyski z dużym payloadem, prędkością i manewrowością, w dodatku niewidzialne dla radarów - czyli, można powiedzieć: UFO w służbie Hitlera. Zrekonstruowany rysunek przez autorów tej strony na podstawie oryginalnego planu technicznego tego obiektu.
Prawdopodobnie jest to dysk V-8 bardzo rozwiniętej konstrukcji z lepszymi właściwościami. Czyżby prawdziwym było domniemanie, że Niemcy zbudowali różne typy tych dyskoplanów, w tym typy przystosowane do lotów kosmicznych - jak twierdzą niektóre źródła? Urządzeniem zasilającym dla wszystkich statków Haunebu był zestaw połączonych silnych elektromagnesów generatora Van de Graafa i rodzaj sferycznego dynama Marconiego zawierającego kulę wirującej rtęci. Urządzenie wytwarzało pole elektro-grawitacyjne i zostało nazwane "Tachyonatorem Thule". Nad wynalazkiem tym pracował Hans Coler oraz von Franz Haid z zakładów Siemens - Schucker oraz labolatorium AEG Telefunken. W dawnych zakładach Zeppelina prowadzono prace nad budową cygarowatej stacji kosmicznej ,,Andromeda" o dł. 105 metrów, którą rzekomo zbudowano w roku 1943r. Do dziś zachował się jeden z takich planów. Plan obiektu napędzanego przez dwa przeciwbieżnie obracające się dyski. Dyski zawieszone były w polu magnetycznym, na dole znajdował się dzwon a u góry kabina dla dwóch pilotów. Obiekt z dyskami o różnej średnicy, dzwonem umieszczonym centralnie i trzema generatorami stabilizującymi na dolnej części. Przez środek obiektu przechodzi centralny rdzeń, którego celem było przenikanie grawitacyjne i ukierunkowanie pola generowanego przez dzwon i dyski.



#2 Omatko

Omatko

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 262 postów

Napisano 09 grudzień 2003 - 17:43



Kompleks Gór Sowich

Na Dolnym Śląsku na południe od Wałbrzycha w Górach Sowich znajdują się tajemnicze podziemne kompleksy wojskowe, opuszczone przez Niemców po wojnie. Są one połączone z zamkiem Książ mieszczącym się w samym Wałbrzychu. Jak dotąd nie udało się ustalić czemu miały one służyć. Wiadomo, że Niemcy posiadali zaawansowaną technologię rakietową, którą wykorzystali przeciw Anglii bombardując Londyn już od 1944 roku i być może kompleks był fabryką tychże rakiet czyli V-1 oraz V-2. Z całą pewnością nie była to kwatera Hitlera jak uważa wielu historyków o czym świadczą ogromne rozmiary niektórych hal.
Podziemia znajdujące się w Walimiu są tylko małą częścią kompleksu, który znany jest pod nazwą "Die Riese" (Olbrzym). Poszczególne fragmenty całej budowli, o których wiadomo, a które nie są przeznaczone dla zwiedzających rozsiane są po całych Górach Sowich. Budowa Olbrzyma rozpoczęła się na początku 1943 roku i była zakrojona na bardzo szeroką skalę. W ciągu zaledwie dwóch lat Niemcy wydrążyli 230 tys. metrów korytarzy, z których tylko 90 tys. jest znane. W budowie brało udział ponad 70 tys. więźniów z pobliskich obozów koncentracyjnych oraz kilkadziesiąt niemieckich firm. Nieliczni, którym udało się przeżyć mówili, że zainstalowane tu zostały tajne laboratoria badawcze, z których jedno mieściło się w zamku Książ chronione przez SS-manów. Zagadką pozostaje, że prace w Olbrzymie trwały aż do 6 maja 1945 roku mimo, że wojna skończyła się już kilka dni wcześniej, a 4 tys. żołnierzy pilnujących kompleksu nie zostało przerzuconych do obrony Wrocławia. Świadczyć to może o tym, że Niemcy pracowali tam nad czymś zupełnie wyjątkowym. Hitler uparcie wierzył w skonstruowanie tzw. "Wunderwaffe" (cudownej broni), która mogłaby odmienić losy wojny zaledwie w kilka dni przechylając szalę zwycięstwa na stronę niemiecką. Zatem w "Riese" na V-1 czy też V-2 się nie skończyło.
Przed wkroczeniem wojsk radzieckich Niemcy wycofując się, zabili około 12 tys. jeńców oraz 4 tys. nadzorców, a podziemia dokładnie zabezpieczyli zawalając większą część po to żeby uniemożliwić ich późniejsze przeczesywanie.
Po kapitulacji III Rzeszy w Berlinie rozpoczęła dochodzenie komórka NKWD zajmująca się przesłuchiwaniem jeńców oraz oficerów niemieckich mających związek z tajnymi technologiami składowanymi na Dolnym Śląsku, której przewodzili płk. Władysław Szymański i gen. Jakub Prawin. Dokumenty ze śledztwa spisywano bez pomocy tłumacza i maszynistki, a następnie przesyłano specjalnym kanałem do Bieruta. A wszystko dlatego, że przesłuchania dotyczyły jak określił to jeden z badanych SS Jakob Sporrenberg "najtajniejszego projektu III Rzeszy". Nosił on nazwę CHRONOS, którego centralnym elementem było urządzenie o nazwie Die Golcke (Dzwon).
Było to urządzenie całkiem inne niż znane nam rodzaje broni, likwidujące wszystkich, którzy weszli mu w drogę. Miało ono kształt cylindra o wysokości około 2,5 metrów oraz średnicy 1,5 metrów, którego sercem był wirnik składający się z dwóch przeciwbieżnie wirujących mas wypełnionych rtęcią. Było to szokujące ponieważ teorie fizyczne mówiące o generowaniu przez dwie przeciwbieżnie wirujące masy pola antygrawitacyjnego (pole to prawdopodobnie neutralizuje przyciąganie ziemskie), są teoriami współczesnymi bazującymi na najnowocześniejszych osiągnięciach. Pojazd posiadający taki napęd mógłby swobodnie odrywać się od ziemi i z ogromną prędkością przemieszczać się w powietrzu. Jednak produktem ubocznym takiego silnika byłoby emitowane promieniowanie rentgenowskie i mikrofalowe o dużym natężeniu, które mogłoby spowodować efekty biologiczne polegające na niszczeniu żywych tkanek. Warto dodać tak na marginesie, że wyżej wymienieni wojskowi zginęli później w niewyjaśnionych okolicznościach.

Poza projektem Chronos realizowanym w Górach Sowich istniały jeszcze inne zwane "Vril" czy "Haunebu" z mechanizmem napędowym silnika o nazwie "Thule", którego centralnym elementem był Dzwon. Warto wspomnieć, że nazwy Vril czy Thule były nazwami okultystycznych organizacji działających w czasie wojny w III Rzeszy, których cele i zadania nie są znane do dziś. Obiekty te były budowane na terenie III Rzeszy (znacznie wcześniej niż te z Olbrzyma) przez najwybitniejszych niemieckich naukowców.

Pogłoski mówią, że w połowie roku 1934 powstał pierwszy okrągły samolot eksperymentalny RFZ-1 napędzany siłą antygrawitacji. Jednak jeszcze przed końcem tego roku towarzystwo Vril zakończyło budowę nowego samolotu w kształcie talerza zwanego RFZ-2, który od roku 1940 pełnił czynną służbę jako zdalnie sterowany samolot wywiadowczy. Miał udoskonalony napęd i po raz pierwszy sterowany był za pomocą impulsów magnetycznych, a mierzył zaledwie 5 metrów średnicy. Ponadto podczas lotu emanował różnobarwne światło w zależności od stanu napędu: czerwone, pomarańczowe, żółte, niebieskie, białe lub fioletowe. Jednak mimo sporych osiągów lotniczych, kierownictwo polityczne nie zwróciło na niego uwagi, co skłoniło Niemców do dalszych prac nad niekonwencjonalnymi broniami. SS-4 przystąpiła do pracy, których owocem był wcześniej wspomniany napęd "Thule" skonstruowany na bazie konwertera techionowego kapitana Hansa Kohlera. Pod koniec roku 1938 zbudowano niewielki kolisty pojazd RFZ-4 o napędzie śmigłowym, który służył do badań, zachowania się w powietrzu obiektów w kształcie dysku. Na początku roku 1939 SS zbudowało RFZ-5, pierwszy duży pojazd o średnicy ponad 20 metrów, któremu nadano nazwę Haunebu-I. Po raz pierwszy wystartował on prawdopodobnie w sierpniu 1939 roku. Jego atutem była specjalna budowa układu napędowego, dzięki któremu miał on dużą ładowność. Dalszymi pracami nad obiektami kolistymi skonstruowano pojazd będący pośrednim rozwiązaniem. Był to pojazd o napędzie konwencjonalnym RFZ-7.
Lipcem 1941 roku pracom nadano większy rozmach. W planach był pionowo startujący samolot o napędzie odrzutowym, który w końcu roku 1942 przetestowano, gdzie wyszły na jaw potężne braki. W tym samym roku pracowano również nad napędzanym turbinowo latającym talerzem RFZ-7T, który miał kształt typowego dysku.
17 kwietnia 1945 roku Niemcy wypróbowali swoją nową broń odwetową nr 7. Był to bardzo dobrze znany pojazd V-7, helikopter ponaddźwiękowy wyposażony w ponad 12 agregatów turbo BMW-028. Podczas pierwszego lotu próbnego osiągnął pułap 23 800 metrów, a za drugim razem 24 200 metrów. Jak mówią inne źródła pojazd ten był poruszany również przy pomocy energii niekonwencjonalnej.
W 1942 roku nad poligonem doświadczalnym towarzystwa Vril krążył nowy pojazd latający Vril-1, który miał 1,70 m wysokości i 11 m średnicy. Odpowiadał on wymiarom myśliwca i jako taki był postrzegany o czym świadczyło jego uzbrojenie: 3 MK108 kalibru 3 cm i 2 MG17.
W czasie, kiedy trwały pracę nad Vril-1 stworzono zaawansowany projekt budowy dużego statku Vril-7, w którym zastosowano podobno napęd o wiele wykraczający naprzód Dzwonowi. Natomiast pod koniec roku 1942 grupa badawcza SS4 rozpoczęła budowę ulepszonego pojazdu Haunebu-II. Zmiany dotyczyły szkieletu obudowy układu napędowego jak i zewnętrznego wyglądu. Jego wymiary wahały się od 26 do 31 metrów średnicy i od 9 do 11 metrów wysokości, a jego prędkość wynosiła nieco ponad 6000 km/h. Haunebu-II były prawdopodobnie w pełni przygotowane do lotów kosmicznych, o czym świadczyły zaznaczone na planach pomieszczenia dla załogi, które miały być wykorzystane w przypadku długotrwałej podróży. Niektóre typy tych pojazdów miały przygotowane specjalne stanowiska bojowe na znajdujące się w obudowie działa na promienie "Donara".
Jeżeli chodzi o Haunebu, Niemcy mieli jak się okazuje jeszcze śmielsze plany. Istnieją bowiem plany ogromnych Haunebu średnicy przekraczającej 120 metrów. Wedle dokumentacji istniał prototyp Haunebu-III o średnicy około 70 metrów. Aby tego było mało jeszcze przed końcem wojny SS4 planowało budowę gigantycznego statku bazy, który dzięki napędowi wykorzystanemu w pojazdach typu Vril, wykorzystującemu siłę grawitacji, kilkaset ton jego masy nie stanowiło żadnego kłopotu w przemieszczaniu. Miał on powstać w zakładach "Zepelina" i nosić nazwę Andromeda.

Wszystko brzmi jak z książki fantastycznej lecz bardzo możliwe jest, że Niemcy faktycznie byli w posiadaniu takowych pojazdów. Pytanie tylko, skąd mogli wiedzieć jak dokonać tak wyśmienitych konstrukcji bazujących przecież na najnowocześniejszych badaniach z zakresu fizyki, które nawet w czasach obecnych nie są do końca potwierdzone.
Prawdopodobnie odpowiedzi na pytanie należy szukać w towarzystwach okultystycznych, które to miały za pomocą medium kontaktować się z "Bogami", którzy przekazali im swoją wiedzę, a jak się później okazało z cywilizacją pozaziemską. Niemcy nawet dzięki przeprowadzanym seansom dokładnie wiedzieli skąd owa cywilizacja pochodzi. A mianowicie z gwiazdozbioru Aldebarana. Tylko po co cywilizacja będąca na wysokim szczeblu rozwoju miałaby udostępniać swoje technologie wyniszczającej się nawzajem ludzkości?
Być może jednak inspiracją Niemców były stare teksty indyjskie zwane Vymaanika Shaastra, znalezione w 1908 roku, które zwierają, co zdaje się być nieprawdopodobne, opisy konstrukcji maszyn międzygwiezdnych, zwane Vimanami, którymi poruszali się "Bogowie". Oto fragment opisu: "Konstrukcja musi być tak wykonana, aby była mocna i wytrzymała, jak wielkiego latającego ptaka, z lekkiego materiału. Wewnątrz należy zainstalować silnik rtęciowy z żelaznym aparatem podgrzewającym poniżej. Dzięki mocy zawartej w rtęci, która tworzy wir napędzający, człowiek siedzący wewnątrz może pokonywać ogromne odległości na niebie w najbardziej wspaniały sposób. Podobnie, wykorzystując proces opisany powyżej można budować vimanę tak dużą, jak świątynia Boga-w-Ruchu. Cztery mocne pojemniki z rtęcią muszą być wbudowane w konstrukcję wewnętrzną. Gdy zostają one podgrzane przez kontrolowany ogień z pojemników żelaznych, vimana rozwija moc gromu dzięki rtęci. I błyskawicznie staje się perłą na niebie".
Jak by nie patrzeć pomimo wielu hipotez zawsze mamy do czynienia z ingerencją z zewnątrz.

No dobrze, ale gdzie Niemcy ukryli swoje statki powietrzne? Wszystkie ślady wskazują, że mogą one być schowane w tajnej podziemnej bazie na Antarktydzie. Aby poprzeć tą hipotezę jesteśmy zmuszeni zajrzeć w historię i przypomnieć sobie o pewnym przedsięwzięciu mogącym mieć związek z "niemieckimi NOLami". Mowa tu o przedsięwzięciu Antarktis z roku 1938. Właśnie w tym roku z rozkazu Hermana Geringa rozpoczęto niezwykłą ekspedycję, której przewodził lotniskowiec "Schwabenlend". Jej celem było zdobycie pewnych obszarów Antarktydy, która zakończyła się sukcesem i zajęciem przez Niemców ogromnego terenu o powierzchni około 6000 kilometrów kwadratowych, który nazwano "Nową Szwabią". Nie jest ona byle jaką częścią Antarktydy, jest to nadająca się do zasiedlenia wolna od lodu kraina, z górami i jeziorami, do której nigdy dotąd nie dotarła żadna zagraniczna ekspedycja. Pod koniec II wojny światowej do "Nowej Szwabii" zostały podobno skierowane całe flotylle niemieckich łodzi podwodnych, miedzy innymi super nowoczesne typy 21 i 23, które mogły zdołać pomieścić i zarazem przetransportować pojazdy typu Vril czy Haunebu.
Poparciem tego jest fakt, że alianci pod przewodnictwem admirała Buerda próbowali dokonać inwazji Antarktydy, która to oficjalnie była wyprawą badawczą. Jednak w jakim celu wysłano tam eskortę ponad 4000 żołnierzy, okręt wojenny, lotniskowiec i ogromne ilości zaopatrzenia? Prawdopodobnie Amerykanie chcieli zdobyć tam owe brakujące technologie. I tak po nie ujawnionej ilości straconych samolotów operacja ta została nagle po 8 tygodniach przerwana. Jakiż to bardzo dobry przeciwnik mógł odeprzeć ich inwazję?
Jest również faktem historycznym, że w tamtym czasie zaginęło 30 niemieckich okrętów podwodnych, które pod koniec wojny wyruszyły z portów bałtyckich. Były one wyposażone w system tlenowy Waltera, umożliwiający im przebywanie pod wodą całymi tygodniami.

Im więcej dowodów, tym więcej znaków zapytania. Zagadka niemieckich latających spodków jeszcze chyba długo nie ujrzy światła dziennego.




#3 yodzisz

yodzisz

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 195 postów

Napisano 09 grudzień 2003 - 23:07

Dłuuugo czytałem, ale warto było - sog .

#4 Guest_Anonim_*

Guest_Anonim_*
  • Guests

Napisano 10 grudzień 2003 - 11:20

Bardzo ciekawe


#5 kermit

kermit

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 58 postów

Napisano 10 grudzień 2003 - 14:35

odemnie tez masz soga jak ktos ma tego typu ciekawostki, niekoniecznie dotyczące rzeszy to niech tez wrzuci

Pozdrawiam
kermit

#6 Omatko

Omatko

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 262 postów

Napisano 10 grudzień 2003 - 20:15

Dzieki za sogi, mnie rownierz bardzo zainteresowal ten art. od razu gdy zaczalem go czytac wiedzialem ze nadaje sie do wrzucenia na forum. Jesli tylko znajde cos godnego uwagi to napewno wrzuce to tutaj. Pozdrawiam



#7 JollyRoger

JollyRoger

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 225 postów

Napisano 11 grudzień 2003 - 20:33

"Nie jest ona byle jaką częścią Antarktydy, jest to nadająca się do zasiedlenia wolna od lodu kraina, z górami i jeziorami, do której nigdy dotąd nie dotarła żadna zagraniczna ekspedycja."

To skad to wiedza?


Punx Rules!


#8 ARNII

ARNII

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 375 postów

Napisano 12 grudzień 2003 - 15:25

streści mi ktoś... kurcze za długie nie mam czasa!



#9 Omatko

Omatko

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 262 postów

Napisano 12 grudzień 2003 - 15:35

czytaj nie marudz

Nie wiem skad to wiedza, przypuszczam ze z zdjec wykonanych przez samoloty obserwacyjna badz satelity



#10 ARNII

ARNII

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 375 postów

Napisano 12 grudzień 2003 - 17:32

dobra



#11 Bnew

Bnew

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 69 postów

Napisano 12 grudzień 2003 - 21:15

sog
wczesniej juz poruszalem ten temat-
http://forumzn.katalogi.pl/Topic.asp?topic_id=86&forum_id=1&Topic_Title=&forum_title=Zagadki+ludzko%B6ci

mozesz podac zrodlo skad wziales ten artykul- dla mnie wyglada jak by tobyla kompilacja kilku zrodel, jest tez pare nowych dla mnie infos- min kasety video "Najwieksza tajemnica Hitlera",i ksiazek Igora Witkowskiego

jest chyba pare przeklaman- z tego co wiem to nie bylo roznych projektow thule i vril- tak po prostu nazywaly sie okultystyczne towarzystwa prowadzace prace nad dyskami

projekt poczatkowo nazywal sie Die Tor (po polsku brama- nawiasem mowiac ciekawe skojarzenia z tym mozna miec), a nastepnie po jego zakonczeniu Laternentraeger i Chronos- 1szy zajmowal sie skutkami ubocznymi a 2gi sednem problemu,
przy okazji ciekawe sie wydaja ogolnie nazwy Chronos -jest on przeciez najwazniejszym bogiem w mitologii- władcą czasu, był ojcem Zeusa

moze Chronos znaczy pokonywanie czasu :)

Bardzo mozliwe ze mnogosc projektow to pewna zaslona dymna postawiona przez wywiad- spotkalem sie z opinia- ze wszystkie napedzane konwencjonalnie dyski- czyli prace Habermohla, Schrievera, Miethego - to byla sciema- przykrywka dla projektu antygrawitacyjnego - potwierdzeniem moga byc nieudane prace aliantow powojnie nad dyskami konwencjonalnymi- min z dyskami Avro

Tak naprawde liczyly sie poczatkowo RFZty, Vrile oraz najdoskonalsze pozniej Haunebu

-nie wiadomo tak naprawde co powodowalo efekty uboczne Glocka- promieniowanie mikrofalowe i jonizujace nie zalatwia calej sprawy- byc moze tak destrukcyjny wplyw na organizmy zywe maja sztucznie generowane fale grwitacyjne

- pod koniec wojny dyski mialy byc uzbrojone w bron strzelajaca promieniami Donara- czyli mozna by to bylo nazwac dzis czyms ala bronia laserowa- strzaly z tej broni przebijaly ponoc pancerz o grubosci 20 cm

pozdrawiam

Suffering should be creative, it should lead to something good and lovely

#12 Omatko

Omatko

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 262 postów

Napisano 12 grudzień 2003 - 21:59

to bardzo ciekawe co napisales, szczegolnie fragment o tej broni "laserowej"

A jesli chodzi o twoje pytanie to faktycznie jest to zlepek artow z kilku stron internetowych.



#13 Guest_Anonim_*

Guest_Anonim_*
  • Guests

Napisano 11 styczeń 2004 - 20:01

tak stanowczo sog dla ciebie

#14 Guest_Anonim_*

Guest_Anonim_*
  • Guests

Napisano 05 luty 2004 - 18:14

Bnew wkuzasz mnie ze wszystkie nazwy zangielszczyles!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Chlopie zastamow sie,to byli qurwa Niemcy a nie Anglicy!

#15 Bnew

Bnew

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 69 postów

Napisano 05 luty 2004 - 19:05

chlopie o co ci chodzi, co zangieleszczylem- sprecyzuj

#16 Guest_Anonim_*

Guest_Anonim_*
  • Guests

Napisano 05 luty 2004 - 20:04

Jak juz cos to nie Die Tor tylko Die Tour.
Nie zmieniaj faktow,to qurwa Niemiecki a nie Angielski.
W polsce taka moda zeby wszystko po angielsku!

#17 Omatko

Omatko

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 262 postów

Napisano 05 luty 2004 - 20:18

i to jest taki wielki powod zeby pisac bezsesu i zasmiecac post?

#18 Bnew

Bnew

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 69 postów

Napisano 06 luty 2004 - 10:09

naucz sie najpierw polskiego- jak chcesz napisać poprawnie angielski lub niemiecki- to napisz z małej litery
odnośnie-
pomyliłem rodzajnik - powinno byc das Tor, jak chcesz mnie oskarżyć o coś, to najpierw sam to sprawdż- żadnych faktów nie zmieniłem- wg moich zródeł projekt nazywał sie tor- czyli brama, a nie 'obrót', tak jak ty pisałeś
jeżeli tymi wszystkimi nazwami które zangielszczyłem są Tor- to gratuluje
qurwa się chyba też inaczej pisze?

#19 Guest_Anonim_*

Guest_Anonim_*
  • Guests

Napisano 06 luty 2004 - 17:07

qurwa pisze tak jak pisze!inaczej by wyszlo ****a ????
a tak to przynajmniej idzie sie domyslec,a zreszta jestec jedyny,co ma z qurwa problemy.
a do bramy,to widze ze nawet niezauwazyles gdzie tkwi twuj blad.
a pozatym niemam zamiaru sie klucic widz daj lepjej na zgode,i bedzie spoko.


#20 Ozyr

Ozyr

    1

  • Members
  • Pip
  • 9 postów

Napisano 07 luty 2004 - 01:30

to ja się dołącze, a skoro panowie kłócą się ja spróbuję ich rozbawić

jedzie facet tirem przez autostradą
nagle patrzy-a na uboczu stoi fajna laska skromnie okryta
facet zatrzymuje się i pyta: podwieś cie?
a ona odpowiada: nie, po trzysta


zmieniony przez - ozyr w dniu 2004-02-07 01:32:00

#21 Guest_Anonim_*

Guest_Anonim_*
  • Guests

Napisano 07 luty 2004 - 02:00

ozyr dobre,i juz sie nie kluce!

#22 Bnew

Bnew

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 69 postów

Napisano 09 luty 2004 - 09:25

w takim razie nie wiem o co ci chodzilo
napisal bys normalnie o co ci chodzi-ok- bysmy sobie wyjasnili
ale wynalazles 1000 bledow ktorych nie podales i jeszcze zaczales cos do mnie z dupy strzelac o zangielszczaniu- wiec teraz smieszy mnie ze nie chcesz sie klocic

#23 baksu

baksu

    1

  • Members
  • PipPip
  • 27 postów

Napisano 09 luty 2004 - 11:19

hej hej spokojnie :)
wazne ze artykul ciekawy

#24 JollyRoger

JollyRoger

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 225 postów

Napisano 10 luty 2004 - 16:09

W jednej ze swoich książek Igor Witkowski poruszył ciekawy temat związany z ewakuacją niemieckich prototypów i zasobów na Antarktydę. Temat ten bardzo mnie zainteresował również z innego powodu. Otóż Antarktyda cieszy się niesłabnącą popularnością wśród zwolenników teorii spiskowych i UFO. Wierzą oni święcie, że miejsce to jest „nawiedzane”. Wątek Antarktydy wykorzystali również twórcy kultowego już filmu „Archiwum X”. Mulder szukając Scully odkrywa pod grubą warstwą lodu, dobrze ukrytą, tajną bazę Obcych. Mimo, iż podobne relacje należałoby włożyć między bajki (wybaczcie fani UFO) to musi jednak istnieć źródło, które je rodzi. Korzystając z nowych, bogatszych materiałów, chciałbym przybliżyć temat tajnych baz na Antarktydzie.

Trudno powiedzieć kiedy sprawa Antarktydy zaczęła interesować naukę. Prawdopodobnie już w momencie, gdy ludzkość opanowana była przez rządzę nowych odkryć. Faktycznie jednak aura tajemniczości okryła ten kontynent w chwili gdy pojawili się na nim niemieccy naukowcy oraz wojskowi.

Niemcy zainteresowali się Antarktydą już na początku XX wieku. Inicjatorem niemieckich badań Antarktydy był Georg von Neumayer, a jedną z pierwszych wypraw zorganizował w 1912 roku Wilhelm Filchner (na okrętach „Deutschland” i „Gauss”). Jednak konkretne plany wykorzystania tej „ziemi niczyjej” przedstawiono dopiero w momencie dojścia do władzy narodowych socjalistów. W latach 1938 – 1939 niemiecka ekspedycja badawcza wyruszyła na Antarktydę w celu przeprowadzenia nowych badań kontynentu. Region ten był niezamieszkały i nikt wcześniej nie interesował się sprawą jego zbadania oraz eksploracji. Cóż bowiem za korzyści przynieść mogła ta lodowa kraina. Niemiecka operacja, której nadano kryptonim „Regentropfchen”, pod dowództwem Alfreda Ritschera, miała za zadanie zbadanie terenów położonych w okolicy Ziemi Królowej Maud. Przygotowując się do wojny, Niemcy zdawali sobie sprawę, że toczyć się ona będzie w wielu regionach. Jednym z celów tej wyprawy miało być założenie baz zaopatrzeniowych dla jednostek Krigsmarine. W 1939 roku Niemcy zajęli teren liczący około 600 tys. km2 nadając mu nazwę Nowa Szwabia. Nie wiadomo wszystkiego o celach i pracach członków tej ekspedycji. Nie wiadomo jak była liczba osób, biorących w niej udział. Faktem jest jednak użycie w niej lotniskowca „Schwabenland”, na pokładzie którego znajdowały się dwa samoloty patrolowe Dorniera („Passat” i „Boreas”). Z całą pewnością Niemcy założyli tam bazy zaopatrzeniowe dla swoich okrętów nawodnych i podwodnych.

Niektórzy badacze uważają, że rejon Nowej Szwabii stanowił ściśle tajną, nowoczesną bazę naukową, której pracownicy zajmowali się opracowywaniem tajnej broni. Ufolodzy twierdzą, iż prowadzone tam badania związane były z budową obiektów latających z wykorzystaniem pozaziemskiej technologii. Potwierdzeniem tych przypuszczeń mają być liczne doniesienia na temat obserwacji w tym rejonie niezidentyfikowanych obiektów latających. Niektórzy badacze tego tematu uważają również, że jednym z naukowców pracujących w bazie na Antarktydzie był Victor Schauberger, genialny uczony, który pracował m.in. nad budową silnika antygrawitacyjnego. Przypuszczenie to nie jest jedna potwierdzone. Wiadomo bowiem, że od 1943 roku Schauberger pracował w laboratoriach SS w Rosenhugel i Leonstein, tworząc m.in. swoje latające „bączki”, które należałoby uznać za tzw. „foo-fighters”.

Prawdopodobnie pod koniec wojny przewieziono tu z rozpadającej się III Rzeszy dobra w postaci prototypów cudownej broni, a może nawet uczonych, którzy nad nią pracowali. Mimo kapitulacji niemieckie Ubooty operowały jeszcze długi czas na wodach południowego Atlantyku. Część uczonych trafiła do Argentyny, a część mogła osiedlić się w bazie w Nowej Szwabii.

Istnienie baz w Nowej Szwabii okryte było na tyle interesującą tajemnicą, że chcieli poznać alianci. Już w 1943 roku Anglicy podjęli próbę penetracji tych terenów. Skutki nie są dziś znane. Większą operację (kryptonim „High Jump”) przeprowadzili w 1946 roku Amerykanie, którzy wysłali w ten region około 4000 ludzi i kilka okrętów wojennych. Po cóż wysyłać okręty wojenne w region, który stanowił krainę wiecznych lodów? By złapać kilku lub kilkudziesięciu niemieckich uciekinierów? Raczej mało prawdopodobne. Bardziej rozsądne wydaje się przypuszczenie, że Amerykanie chcieli wykorzystać doświadczenia Niemców i zbudować tan swoje bazy, zanim ubiegną ich Rosjanie. Faktem jest bowiem, że w kilka lat później zjawili się tam Rosjanie, Anglicy, Argentyńczycy... Ci ostatni budzą szczególne zainteresowanie. Wiadomo bowiem, że kraj ten przyjął po upadku III Rzeszy wielką ilość niemieckich uczonych i wysokich dygnitarzy hitlerowskich. Prezydent Peron był bardzo żywo zainteresowany budową nowoczesnej broni. Czy Argentyńczycy wiedzieli od Niemców o tajnej bazie i tym co ona ukrywa? Z całą pewnością tak. Jeżeli bowiem jedynym celem wyprawy było zajęcie dogodnych pozycji do rozlokowania baz wojskowych to dlaczego Amerykanie już w 1947 roku ogłosili rezygnację w roszczeń terytorialnych? Może niemieckie bazy wojenne były tylko mitem? Dlaczego w czasie trwania operacji „High Jump” zanotowano straty w ludziach i sprzęcie? Czyżby toczyły się tam działania wojenne? Ale z kim? I o co? Dlaczego w momencie niepowodzenia podjęto w następnych latach kolejne próby? Pytań jest wiele. Niektórzy uważają, że ekspedycja Amerykańska napotkała w rejonie Nowej Szwabii niemiecki opór i poznali działanie „cudownej broni”. Wiele prototypów, nad którymi pracowali niemieccy uczeni w okresie wojny, było na ukończeniu w 1945 roku. Może więc udało się stworzyć marzenie furhera – Wunderwaffe?

Amerykanie udawali się kilkakrotnie w rejon Antarktydy. Kolejne operacje miały na celu ostateczne wyjaśnienie całej sprawy i przejęcie niemieckiej broni (jeśli takowa istniała). W latach pięćdziesiątych, podczas operacji „Deepfreez’ zamierzali użyć nawet broni nuklearnej”. Przeciw czemu? Na pewno nie pingwinom, ani górom lodu...

Istnieją odtajnione częściowo materiały dotyczące opisanych powyżej operacji. Nie wyjaśniają one jednak co ukryli w swoich antarktycznych bazach Niemcy, ani co znaleźli tam Amerykanie. Na wyjaśnienie tej zagadki przyjdzie nam poczekać jeszcze jakiś czas. Chyba jednak niedługo, bo liberalny rząd amerykański jest coraz bardziej skory do odtajnienia działań swoich służb specjalnych. Może wtedy poznamy rozwiązanie kolejnej tajemnicy II wojny światowej.



Poniżej podają krótkie kalendarium związane z tajnymi operacjami na Antarktydzie:



1938-1939 – niemiecka operacja „Regentropfchen”

1943-1946 – brytyjskie badania na Ziemi Grahama

1945 – ewakuacja niemiecka do baz w Nowej Szwabii

1946-1948 – amerykańska operacja „High Jump”

1955-1956 – amerykańska operacja „Deepfreez”

1956-1957 – operacja „Deepfreez II”

1957-1958 – operacja „Deepfreez III”

1958-1959 – operacja „Deepfreez IV”

Od lat 60-tych do 90-tych organizowane były kolejne wyprawy, które nosiły miano kontynuacji operacji „Deepfreez”.

#25 Omatko

Omatko

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 262 postów

Napisano 10 luty 2004 - 17:31

super ciekawe Soga daje jesli moge jak masz wiecej to wrzucaj to tutaj mzoe sie uda stworzyc obszerniejszy post na temat tajemnic III Rzeszy.

#26 JollyRoger

JollyRoger

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 225 postów

Napisano 11 luty 2004 - 10:05

Tyle jeszcze znalazlem:
Btw. wiem ze tekst troche dlugi, ale za to fajny (tak to do Ciebie Teos:))

Góry Sowie są najwyższą częścią Sudetów Środkowych. Graniczą na zachodzie z Górami i Przedgórzem Wałbrzyskim na południowym wschodzie z Górami Bardzkimi. Na Dolnym Śląsku jest kilka pasm górskich, a Góry Sowie to tylko jedno z nich. Na tym koniec jakże geograficznego wstępu. Czas już zadać pytanie : "Co łączy pasmo górskie z muzą Klio?" Góry Sowie mógłbym nazwać górami tajemnic. W ich wnętrzu znajdują się kompleksy podziemnych korytarzu i hal. Wybudowali je Niemcy podczas II Wojny Światowej. Co chcieli tam umieścić? Fabrykę broni rakietowej? Centra badawcze? Kwaterę główną samego Hitlera? Prace nad bronią nuklearną?
Zacznijmy od samego początku. W nocy 17/18 sierpnia 1943 roku sześćset bombowców RAF dokonało nalotu na Peenemunde, miejscowość leżącą na wyspie Uznam, nad morzem Bałtyckim. Anglicy zniszczyli ośrodek doświadczalny broni rakietowej (V-1, V-2). Sześć dni później na naradzie zwołanej przez Hitlera podjęto decyzję o rozdzieleniu i przeniesieniu zakładów produkcyjnych do podziemi. Propozycja podziału brzmiała następująco : Zakłady produkcyjno montażowe miały być umiejscowione w podziemnej fabryce w Górach Harzu, zakłady badawcze w podziemnej grocie, która powstanie nad jeziorem Transee po rozsadzeniu skał, wyrzutnia doświadczalna rakiet V-2 we wsi Blizna w Polsce. Może właśnie wtedy podjęto decyzję o rozpoczęciu budowy podziemnego kompleksu w Górach Sowich... Dlaczego tutaj? Po pierwsze teren znajdował się poza zasięgiem alianckiego lotnictwa. Drugim powodem była budowa geologiczna gór. Góry Sowie są bowiem zbudowane z prekambryjskich gnejsów, skał które po wydrążeniu tuneli mogły zapewnić stabilny strop. Nie było również żadnych ruchów górotwórczych. Po trzecie istniała rozbudowana sieć dróg ułatwiająca transport. To główne powody wyboru Gór Sowich jako terenu pod budowę. Czy rzeczywiście miały tu powstać fabryki produkujące broń rakietową lub części do niej? To jedna z najbardziej prawdopodobnych hipotez.
Budowę rozpoczęto w roku 1943, otrzymała ona kryptonim "Riese", co po polsku znaczy "Olbrzym". Prace rozpoczęła Śląska Wspólnota Przemysłowa S.A., firma dysponująca kilkoma tysiącami robotników przymusowych. Robotników rozmieszczono w czterech obozach, później stworzono jeszcze dwa dodatkowe. Budowa prowadzona jednak była zbyt wolno i zmieniono wykonawcę (prawdopodobnie rozkaz wydał sam Hitler). Nowym wykonawcą była organizacja TODT. Liczba obozów wzrosła do 20, zamieszkali je więźniowie obozu koncentracyjnego Gross Rosen (w Rogoźnicy, na północny-zachód od Strzegomia). Zwiększono tempo prac - przez całą dobę na trzy zmiany. Jak przebiegało drążenie chodników i hal? Drążono dwa tunele, jeden nad drugim a następnie łączono je poprzez zburzenie dolnego stropu - w ten sposób powstawały hale o wysokości 12 i szerokości 10m. Korytarze wykonywano używając materiałów wybuchowych, młotów pneumatycznych, kilofów, wreszcie samych dłoni. Urobek rozdrabniany i ładowany na wózki przez więźniów wywożono kolejką wąskotorową. Wykorzystywano go przede wszystkim do budowy dróg. Nakłady na budowę "Olbrzyma" doskonale ukazuje Albert Speer - minister do spraw uzbrojenia i przemysłu wojennego III Rzeszy : "W 1944 roku Hitler kazał nakładem setek niezastąpionych specjalistów górników i tysięcy robotników przymusowych wydrążyć w górach dwie podziemne kwatery główne na Śląsku i w Turyngii. (...) ...przedstawiłem fuhrerowi, że obecnie przy budowie kwater głównych zatrudnionych jest 28 000 robotników (...) Na budowę bunkrów w Kętrzynie ("Wilczy Szaniec"-W.A.) wydano 36 milionów, na kompleks bunkrów "Riese" koło Jedliny Zdroju 150 milionów marek. Na to przedsięwzięcie budowlane potrzebne było 237 000m3 żelbetonu, 58 kilometrów dróg z sześcioma mostami i 100 km rurociągów. Sam "Riese" pochłonął więcej betonu niż w całym 1944 roku można go było podzielić dla całej ludności na budowę schronów przeciwlotniczych." Więźniowie pracowali w ekstremalnie trudnych warunkach. "Początkowe wyżywienie w postaci 1 litra wodnistej zupy, 1/2 kg chleba, 50g kiełbasy i 30g margaryny dziennie na osobę uległo zmniejszeniu. (...) Później chleb dzielono na 5 osób" - pisze Jerzy Cera w książce "Tajemnice Gór Sowich". Relacja jednego z więźniów mówi jeszcze więcej. Przytacza on rozmowę lekarza z żołnierzem niemieckim, w której ten pierwszy wyraża zdziwienie faktem, że w takich warunkach tygodniowo ginie tylko 60 ludzi. Ginący z głodu, przemęczenia, chorób byli jeszcze nieludzko traktowani przez służbę obozową i SS które nadzorowało obozy. Wielu zakończyło życie pod zwałami skał... Początkowo wywożono zmarłych do Gross Rosen i tam palono, później grzebano w zbiorowych mogiłach (prawie17000).
Do dnia dzisiejszego odkryto siedem podziemnych kompleksów - "Włodarz", "Rzeczka", "Osówka", "Soboń", "Sokolec", "Jugowice Górne (Jawornik)", "Książ". Korytarze wykute są przede wszystkim w litej skale, rzadziej obetonowane. Są one od siebie oddalone od 1 do 4 km. Stosunkowo niewielka odległość może sugerować, że są połączone pod ziemią ale takich korytarzy na razie nie odnaleziono. Istniały natomiast połączenia naziemne - system dróg i kolejka wąskotorowa. Długość odkrytych dotychczas sztolni wynosi 8100 m, powierzchnia 26 000 metrów kwadratowych, kubatura 97 000 metrów sześciennych. "Włodarz" jest największym ze znanych nam kompleksów. Znajduje się pod górą o identycznej nazwie i jest częściowo zalany wodą. Wybudowano w nim jeden szyb wentylacyjny, znane są cztery wejścia. Długość sztolni to około trzy kilometry. Drugim co do wielkości jest kompleks "Osówka". Znajduje się on na południowym i wschodnim zboczu góry "Osówka". Udostępniono go zwiedzającym. Odkryto również dwa szyby wentylacyjno - transportowe. Kilka danych technicznych : łączna długość odkrytych chodników-1700m. ; powierzchnia-6500 m2 ; kubatura 26 000 m3.W porównaniu z pozostałymi kompleksami "Osówka" wyróżnia się rozbudowaną infrastrukturą naziemną. Głównymi budynkami owej infrastruktury są "Siłownia" oraz "Kasyno". Są one oddalone od siebie o około 150m. "Siłownia" to blok betonowy o imponujących wymiarach. Długi na 29,8 m a szeroki na 30,3 m. Składa się ona z pomieszczeń, do których prowadzą włazy oraz zbiorników połączonych siecią rur. Łatwo dostrzec elementy hydrauliki przemysłowej - studzienki, śluzy, rury kamionkowe. Dokładne przeznaczenie wielkiego betonowego bloku jest nieznane. Kolejny raz zacytuję Jerzego Cerę : "W budowli zwanej "Siłownią" położonej 48 m nad podziemiami znajduje się 35 rur kamionkowych, których zadaniem było podawanie cieczy do...? - niewiadomo. Badaliśmy czy istnieją wewnętrzne połączenia między nimi, oraz gdzie się one kończą. Do otworów wkładano po 2 zapalone świece - dym z nich wchodził do środka - był wyraźnie zasysany. W jednym zaś przypadku słychać było wyraźnie jakby pracę powietrznej śluzy. W tym samym miejscu przy wrzucaniu zapalonych świec następowała mała detonacja, wynikająca najprawdopodobniej z nagromadzenia się w środku gazu, a w jednym konkretnym przypadku gaz wydobywający się z kamionkowej rury spowodował zapalenie się świecy dymnej, tak, że otrzymaliśmy coś w rodzaju miotacza ognia. Użyto do eksperymentu łącznie 28 świec, z czego należy zakładać, że dym z 26 wszedł do środka i w zasadzie... nigdzie nie wyszedł. Jak wielka musi być pojemność tych rur a może podziemi, która potrafiła przyjąć taką objętość dymu. Jest to kolejna niewiadoma." Przejdźmy teraz do "Kasyna". Jest to spora jednokondygnacyjna budowla (679 m kwadratowych powierzchni użytkowej; 2300 m sześciennych kubatury) szeroka na 14 i długa na 50 m. składająca się z ośmiu pomieszczeń. Być może miała ona spełniać funkcję centrum dowodzenia naziemnego. Jej dach został przygotowany do maskowania (zasadzenia krzewów i drzew). Prawdopodobnie "Siłownia" i "Kasyno" mają połączenie z podziemnymi sztolniami, jednak nie natrafiono jeszcze na ślad takiego połączenia. Trzecim znanym kompleksem jest "Soboń" wydrążony we Włodarzu a dokładniej jego południowo zachodnim stoku. Trzy sztolnie wydrążone są w różnych miejscach i kierują się do wnętrza góry. Ich łączna długość to około 700 m. Czwarty nosi nazwę "Sokolec (Gontowa)" - leży koło miejscowości Sokolec, pod wzniesieniem Gontowa. Różni się od pozostałych rodzajem skały w jakiej go wydrążono. Zamiast twardych gnejsów spotykamy tutaj kruchą piaskową skałę. Znane są dwa wejścia. Praktyczny brak wykończeń (obetonowania) świadczy, że Niemcy porzucili budowę we wczesnym stadium. Następny, piąty kompleks znajduje się w Jugowicach Górnych, nazwano do "Jugowice". Posiada on najwięcej wejść ze wszystkich siedmiu kompleksów - pięć. Jest on całkowicie niedostępny i częściowo zalany. "W czasie prowadzonych badań udało się sforsować trzy z pięciu wejść ale możliwość penetracji tego kompleksu kończyła się po 50 m, na skutek zwału występującego we wszystkich trzech korytarzach na tej samej wysokości." - wspomina Jerzy Cera. Ten kompleks jest bardzo niebezpieczny. Łączna długość sztolni, do których dostać można się tylko jednym wejściem, wynosi około 500m
Zamek Książ - jak wiadomo jeden z najpiękniejszych polskich zamków - jest również powiązany z zespołem kompleksów ukrywającym się pod kryptonimem "Olbrzym". Pod zamkiem kryją się sztolnie, które według niemieckich źródeł miały być kwaterą główną Hitlera. Zamek został zajęty przez Niemców w 1941 roku. Ich pobyt w pełnej przepychu magnackiej rezydencji (wcześniej mieszkała tam księżna Daisy of Pless) wiązał się z ogromnymi zniszczeniami wystroju zamku - wywożono obrazy, rzeźby, przemalowywano ściany, odkuwano freski, wywożono zbiory biblioteczne. Do końca nie wiadomo czy Książ miał zostać kwaterą Hitlera, bardzo możliwe, że była to celowa dezinformacja mająca celu ukrycie właściwego przeznaczenia budowli. Czy jest ona połączona z resztą kompleksów? Nie wiadomo, śladów korytarza nie odnaleziono jednak pogłoski o jego istnieniu są ciągle znane. Wiadomo natomiast o tunelach jakie drążono w skale na której usadowiony jest zamek. Były one stosunkowo wysokie, przed gmachem powstał szyb o głębokości 50 m a szerokości sześciu. Prace prowadzono dosyć długo, prawie do samej kapitulacji jednak końcowe ich stadium polegało przede wszystkim na maskowaniu. Co maskowano? To pytanie długo jeszcze pozostanie bez odpowiedzi... Może nawet Bursztynową Komnatę, ponoć pancerny pociąg wypełniony gazami bojowymi, broń bakteriologiczną... Nad projektami podziemi pracowało 35 architektów, po efektach ich pracy nie ma najmniejszego śladu, żadnych dokumentów, żadnych rysunków. Istnieje jeszcze jedna hipoteza na temat przeznaczenia budowy. Grube mury (przy próbach wiercenia wiertło łamało się po około półtora metra), położenie na sporej głębokości - czyżby schron atomowy? Sztolnie znajdują się pod zamkowym dziedzińcem. Do korytarzy o łącznej długości 950 metrów prowadzą cztery wejścia. Oto kolejny jakże enigmatyczny akcent. W maju 1945 roku w okolice Wałbrzycha wkraczają Rosjanie, około miesiąca wcześniej ze Świebodzic odjeżdża opancerzony pociąg - dwa wagony towarowe o nieznanym ładunku - zmierza w kierunku Wałbrzycha. Nigdy tam nie dojechał - zniknął... Oczywiste wydaje się istnienie podziemnego tunelu - takiego jednak nie odnaleziono... Co jeszcze mogą kryć podziemia zamku? Ostatnim kompleksem, który opiszę, a drugim, kompleksem, który udostępniono zwiedzającym jest kompleks "Rzeczka". Znajduje się on koło Walimia, jest bardziej znany niż "Osówka", ponieważ udostępniono go turystom wcześniej. Prowadzą do niego trzy wejścia. Trzy równoległe sztolnie połączone są halami prostopadłymi do nich. Tutaj znajduje się największa z hal - długość 100 m, szerokość 12 m, wysokość 15 m. Dotychczas odkryta część jest stosunkowo niezbyt rozległa, a dalszą eksplorację uniemożliwia obsunięta ściana. Tak prezentują się walimskie podziemia, te które odkryto do dnia dzisiejszego.

Ten podrozdział artykułu opowie o tajemnicach, jakie kryje, lub może kryć system podziemnych sztolni. Zasadniczym pytaniem jakie należy sobie postawić jest pytanie o cel budowy. Możliwych jest kilka hipotez. Być może miała to być podziemna fabryka broni rakietowej lub części do niej. Świadczy o tym położenie geograficzne oraz fakty jakie umieściłem w podrozdziale "Geneza budowy". Inną hipotezą jest budowa rezydencji Hitlera, ta hipoteza jest równie prawdopodobna. Dowiadujemy się o niej jednak z niemieckich źródeł co może świadczyć o rozpowszechnianiu jej w celu dezinformacji. Jeśli jednak miała to być "tylko" kwatera główna Hitlera, w jakim więc celu wysadzano i maskowano część korytarzy? Co przy pomocy tej dezinformacji chciano ukryć ? Być może miały tutaj powstać podziemne centra badawcze, których celem badań było wyprodukowanie broni biologicznych. Można nawet posunąć się trochę dalej i zaryzykować stwierdzenie, że Niemcy chcieli również podjąć prace nad bronią nuklearną. Wszak w pobliżu obiektu znajdowały się kopalnie uranu (niezbyt wydajne) w Kozicach koło Walimia. Przy elektrowni wodnej w Głuszycy rozpoczęto budowę zakładów produkcji ciężkiej wody, ukończoną tuż przed wojną. Substancje do budowy bomby atomowej były więc praktycznie na miejscu. A jeśli Niemcom udałoby się skonstruować jakąkolwiek broń masowej zagłady. Wystarczy tylko pomyśleć... Broń masowego rażenia plus rakiety V-1, V-2, A-9, A-10 zdolne ją przenosić oznaczałaby śmierć setek tysięcy ludzi. Może odpowiedzi na wiele pytań dadzą same podziemia. Przecież odkryte korytarze to tylko niewielka część całości. Wystarczy porównać dane, które ukazuje Albert Speer (patrz podrozdział "Siedem kompleksów") na temat nakładów na budowę z długością i procentem obetonowania tuneli. Tunele są obetonowane w niewielkim procencie, a długość korytarzy w porównaniu z nakładem, jaki przeznaczono na ich budowę jest bardzo niewielka. Wniosek jest jasny - muszą istnieć dalsze korytarze i hale, których umiejscowienia nie zna nikt. Szacuje się, że jeszcze prawie 70 % tuneli i hal pozostaje niedostępna. Być może to co odkryto dotychczas również było pewnego rodzaju przykrywką. Po prostu tą część pozwolono nam odkryć, abyśmy na tym poprzestali, lub w najgorszym wypadku stracili wiele cennego czasu - ta nie do końca zamaskowana część kompleksu mogła zostać wybudowana w końcowym okresie wojny i samym istnieniem ukrywać tą doskonale zamaskowaną część zbudowaną znacznie wcześniej. Poddano również analizie wodę i szlam (m. in. z Osówki), która wykazała obecność tlenków żelaza. Z tego wynika, że może istnieć jeszcze jeden poziom tuneli, w których znajduje się znaczna ilość żelaznych przedmiotów - maszyn (???) Co może kryć dalsza część podziemi? Wiadomo również, że nie tylko Polacy badali tereny Gór Sowich. Robili to również Rosjanie - przez pół roku (1964) stacjonował tam batalion saperów. Co odkryli - oficjalnie nie wiadomo nic... W takim razie zastanawiające jest dlaczego wrócili : "W roku 1982 (stan wojenny), nocą skrycie od strony Jugowic na "Włodarz" i "Osówkę" wjeżdżały rosyjskie uzbrojone kolumny. Nie wiedziały o tym nic miejscowe władze. Czego tam, zwłaszcza w nocy, szukali Rosjanie? (powtarzam za J. Cerą - "Tajemnice Gór Sowich")" Tajemnicza wydaje się również sprawa zniknięcia konwoju ciężarówek. Relacje świadków wyglądają następująco - W kwietniu, w nocy odział SS otoczył całą wieś, lufy pistoletów skierowane były w stronę okien, kto próbował patrzeć ryzykował życiem. Przez dwie godziny słychać było ryk samochodów ciężarowych, później odgłosy wybuchów. Rano SS wycofało się, pobliskie wejścia do podziemi zostały zasypane, a ciężarówki zniknęły... Jaki mógł być ich ładunek? Tajemnicza jest również postać inż. Anthona Dolmussa, który pracował przy budowie Wilczego Szańca a przy budowie kompleksu "Riese" pełnił funkcję głównego energetyka. Polskę opuścił w roku 1953. Zastanawiający jest fakt, iż pozostał on w Polsce. Być może miał na celu dezinformację władz polskich co do budowy, w której brał udział. Może był po prostu strażnikiem... Góry Sowie ukrywają wiele. Może z czasem odsłonią chociaż rąbek ze swoich tajemnic. Warto jednak zauważyć, że czas będzie zacierał kolejne ślady, i wraz z nim szansa na odkrycie prawdy będzie coraz mniejsza...

#27 tomazi

tomazi

    1

  • Members
  • Pip
  • 8 postów

Napisano 12 luty 2004 - 11:41

Super ciekawe rzeczy piszesz JollyRoger, super się czyta o tym wszytkim. Skąd posiadasz te informacje ?? Czekam na więcej

#28 JollyRoger

JollyRoger

    1

  • Members
  • PipPipPip
  • 225 postów

Napisano 14 luty 2004 - 18:52

"Super ciekawe rzeczy piszesz JollyRoger, super się czyta o tym wszytkim. Skąd posiadasz te informacje ?? Czekam na więcej"
Ja ich nie pisze;) ja je poprostu kopiuje z internetu

Te artykuly znalazlem tu:
http://www.eksplorator.os.pl/78.htm
http://www.eksplorator.os.pl/11.htm
http://www.eksplorator.os.pl/12.htm



#29 Ozyr

Ozyr

    1

  • Members
  • Pip
  • 9 postów

Napisano 14 luty 2004 - 22:28

kopiuj dalej, bo ciekawe rzeczy odnajdujesz
SOG(jeśli jeszcze mogę)

#30 Dev86

Dev86

    1

  • Members
  • PipPip
  • 22 postów

Napisano 16 luty 2004 - 16:15

a czy masz wiecej informacji o tej bazie na antarktydzie?



Similar Topics Collapse

  Temat Forum Autor Podsumowanie Ostatni post


Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych


Inne serwisy: IFD